Jako uparta poszukiwaczka sensu życia idąca za każdym najmniejszym tropem celu mojej egzystencji – tę wskazówkę omijałam najchętniej.
Banalna, oczywista, zbyt prosta, aby być skuteczną. Mój umysł chciał konkretu. Jednej, nazwanej rzeczy. Na już.
Obserwowanie siebie i robienie więcej tego, co przyjemne? A nie ma szybszej drogi? 😅
Z perspektywy czasu wiem jedno: życie w ciągłym poczuciu braku „tego-czegoś” nie jest miejscem startu dla powołania. Nagłe odkrycie go, gdy nie jest się w pełni gotowym go przyjąć – też nie.
Zostaliśmy jednak wyposażeni w kompletny kompas nawigujący do sensu życia – radość, błogość i miłość. Łagodny, acz konkretny.
I gdyby tyko odrzucić, chociaż część „muszę-powinnam”, i zainwestować w „dobrzemi-uwielbiam” bardzo szybko pokazałyby się nam właściwe dla nas (indywidualnie) ścieżki.
Nie musisz temu wierzyć. Możesz sprawdzić. Ja wciąż się przekonuję, że nawet moje najlepiej brzmiące wywody mi go nie zastąpią. I ponownie wracam do niego, nawet dzisiaj.
